RSS
poniedziałek, 12 marca 2007
"Grudge - Klątwa 2”

Kiepska "Klątwa"

    Takashi Shimizu stworzył cztery wersje „Klątwy”, z czego tylko jedna była tego warta. Mowa tu o filmie „The Grudge – Klątwa” z 2004 roku, hollywoodzkiej wersji japońskiej Ju-on z 2003. Wówczas film, jak przystało na porządny (w dodatku azjatycki) horror, był naprawdę przerażający w pełnym tego słowa znaczeniu. Kosztująca 10 milionów produkcja w samych Stanach Zjednoczonych zarobiła 110 milionów, co jednoznacznie świadczy o sukcesie Shimizu. Takashi zaledwie trzy dni po premierze owego filmu postanowił o nakręceniu kontynuacji. Premiera w USA była już dawno dawno (w listopadzie..), u nas 9 marca 2007, do czego już przywykliśmy. Gdyby film byłby choćby OK, nie znalazłby się w spisie moich recenzji.

Grudge 2



    Piąta wersja, a zarazem „Grudge - Klątwa 2”, jak już wyżej wspomniałem, weszła do polskich kin niedawno. Film był dość głośno reklamowany w telewizji a i zwiastuny były dość zachęcające, zatem zabierając się do obejrzenia oczekiwałem świetnego horroru, który zapamiętam na długo. Jak się okazało 95 minut później, chce go jak najprędzej zapomnieć. Tak jak pierwsza amerykańska wersja była naprawdę dobra, tak sequel jest po prostu żałosny. Słowo horror (PWN: m.in. «film o sensacyjnej, pełnej napięcia akcji i niewytłumaczalnych, makabrycznych wydarzeniach») ma się tu nijak do tego, co widzimy na ekranie. Fabuła nie jest za bardzo wymagająca. Jak nie trudno się domyśleć, akcja rozpoczyna się kontynuacją wydarzeń z pierwszej części. Karen, która jest oskarżona o podpalenie domu (tego przeklętego) a przy tym o zamordowanie swojego chłopaka trafia do tokijskiego szpitala, gdzie wciąż prześladuje ją klątwa. Młodsza siostra, Aubrey, przybywa prosto ze Stanów z wybawieniem i zadaniem sprowadzenia Karen do domu. Ciekawską Aubrey również dosięga klątwa, co niestety jest początkiem reakcji łańcuchowej. Easona, dziennikarza, który wraz z młodszą siostrą przemienia się w detektywa, również spotyka ta wątpliwa przyjemność (jak chyba każdego w filmie).

    Poza nimi, klątwa dotyka także trzy tokijskie licealistki, które poprzez wizytę w nawiedzonym domu, prędko przekonują się, iż wbrew pozorom jest ona prawdziwa. Idąc dalej przez wydarzenia, poznajemy amerykańską rodzinę z wietrznego miasta i Jake’a, który jak na swój wiek (bodaj osiem lat) jest dość bystry. Chłopiec szybko orientuje się, iż nowy sąsiad jest bardzo specyficzny, choć nie wie on (co wiemy my), że jest to wina klątwy, którą została sprowadzona aż do Chicago. Fabuła, o ile na papierze wygląda w miarę interesująco, tak w produkcji Shimizu wypada marnie. Przede wszystkim brakuje tego napięcia, tego zwrotu akcji, strachu brakuje! Co to za horror, na którym uśmiechniecie się do siebie drwiąc z nieudanych pomysłów reżysera?! Wszystkie straszne momenty są długo zapowiadane muzyką, zatem nie są takie znowu straszne. Pomijając już muzykę, a przyglądając się samym przerażającym scenom, trwają one w nieskończoność! Kiedy (jak to jest zilustrowane w reklamówce) naprawdę straszna twarz wyłania się z wody, można swobodnie wyjść z sali i zobaczyć, czy przypadkiem właśnie nie grają czegoś ciekawego. Potem wrócić, wygodnie usiąść a piękna buzia ciągle widnieje nam przed oczyma. Kolejna kwestia to irytujące, pożal się Boże, zwroty akcji. Wszyscy giną w niewyjaśnionych okolicznościach. No może taki klimat powinien być, no ale żeby ludzie dosłownie rozpływali się w powietrzu, czy najzwyczajniej w świecie znikali pozostawiając ubrania, no toż to woła o pomstę do nieba! Oczywiście, jak w większości nowych horrorów, nagminnie spotykamy się z bezsensownym i zupełnie nielogicznym zachowaniem bohaterów, co bezpośrednio prowadzi do jakiegoś nieszczęścia.

    Zespół, który doprowadził pierwszą „Klątwę” do sukcesu w USA, tutaj poległ kompletnie. W drugiej odsłonie bardzo brakuje tego, co było motywem przewodnim w jedynce – strachu. Film jest po prostu naiwny, akcja raz zagmatwana a raz prosta jak konstrukcja cepa na pewno nie przyciąga uwagi. Pomijając to, warto by było, aby ktoś uświadomił Shimizu, iż każda sekunda powyżej dwóch pierwszych strasznej sceny jest po prostu nużąca.
kumar

 

21:41, movieroom
Link Komentarze (5) »
wtorek, 27 lutego 2007
"Infiltracja"
Amerykański Infernal Affairs

    Martin Scorsese, reżyser, scenarzysta, niekiedy aktor, który za swoją pracę był już kilkakrotnie nominowany do Oscara, w końcu się go doczekał. Jego najnowszy film, a zarazem remake azjatyckiego hitu z 2002 roku („Infernal Affairs: Piekielna gra”) został nagrodzony aż czterema statuetkami. Podczas 79. ceremonii rozdania nagród Akademii Filmowej „Infiltracja” otrzymała wyróżnienie w czterech kategoriach: najlepszy film, najlepsza reżyseria oraz najlepszy scenariusz adaptowany i najlepszy montaż. Oscary uznawane są za najbardziej prestiżowe nagrody filmowe, zatem właściwie to czemu „Infiltracja” została uznana za najlepszy film?
 
Infiltracja

    W projekcie Martina Scorsese zagościła iście gwiazdorska obsada. Nikomu nie trzeba przedstawiać sylwetek takich aktorów, jak Leonardo DiCaprio, Matt Damon, Jack Nicholson, Martin Sheen czy Alec Baldwin. Owi panowie stworzyli, jak się później okazało, Oscarowe widowisko. DiCaprio, a raczej Billy Costigan oraz Collin Sullivan (Matt Damon) wcielili się w młodych ludzi, którzy są świeżo upieczonymi absolwentami szkoły policyjnej. Collin, który dorastał, w związku z rozbiciem rodziny, pod opieką babci, szybko trafił pod skrzydła największego gangstera w okolicy, Franka Costello. Ten zaś chcąc wykorzystać wielkie ambicje chłopaka, wysyła go do policji stanowej, robiąc z niego tak zwaną wtyczkę. Drugi główny bohater, Billy, nigdy nie miał łatwego życia. Aby zatrzeć wspomnienia i zerwać z przeszłością również wybiera policję. Reżyser przez cały obraz porównuje obu policjantów, doskonale pokazując inne, jednocześnie podobne życie.

    Sullivan szybko awansuje na sierżanta, co de facto daje mu władzę, której Costello potrzebuje. Dla Costigana los nie był równie łaskawy. Dignam (Mark Wahlberg) oraz Queenan (Martin Sheen), zajmujący się rekrutacją do policji stanowej, nie ufają Billemu i przydzielają mu bojowe zdanie – „wtyczki” w mafii Franka. Aby był wiarygodny, idzie do więzienia na trzy (albo sześć) miesięcy, poczym stara się trafić do gangsterskiego światka. Poprzez handel prochami i kilka mniejszych akcji, po wielu testach w końcu trafia do zgranej ekipy Jacka Nicholsona. Jak już na początku filmu łatwo dostrzec, scenariusz jest bardzo zagmatwany. Collin, zajmujący wysokie stanowisko w policji o wszystkim informuje, tudzież uprzedza Franka. Ten natomiast „zaprzyjaźnia” się z Billym, który na bieżąco donosi swoim przełożonym (Dignam i Queenan) o każdym ruchu Costello. Zarówno w policji, tak jak i w mafii wszyscy zdają sobie sprawę z istnienia „szczura”. Reasumując, Collin próbuje ustalić kto jest wtyczką w mafii Franka (oczywiście chodzi o Billego), z drugiej strony Billy usiłuje dowiedzieć się kto w policji współpracuje z Costello (czyżby Collin?).

    Akcja bardzo dynamicznie rozwija się w końcowej części filmu, kiedy to Sullivan dowiaduje się, iż Frank jest rzekomo informatorem FBI. W tym momencie postanawia wykorzystać wiadomości odbierane od Billego (chłopaki nadal nie wiedzą o swoim istnieniu) i korzystając z okazji, zabija Costello, który ostatecznie potwierdza plotki. W końcu DiCaprio i Matt Damon spotykają się, lecz Billy wciąż nie wie jaką tajemnicę skrywa Collin. Kiedy przez przypadek dowiaduje się, iż to Sullivan był wtyczką, ginie. Jest to bodajże jedyna rzecz, do której można się przyczepić. W ostatniej fazie giną prawie wszyscy. Są to kolejno Queenan, którego zabija mafia Franka. Następnie umiera jakiś facet od Costello (był drugą wtyczką policji). Potem podczas próby aresztowania Sullivana jakiś mało widoczny współpracownik Collina zabija Costigana, a na sam koniec przychodzi Dignam, który pakuje kulkę w łeb Sullivanowi i koniec filmu.

    Nie można przejść obojętnie obok bardzo dobrej gry aktorów. Należy również wyróżnić Jacka Nicholsona, choć to jego nie pierwsza i mam nadzieje nie ostatnia fenomenalna rola. Film Martina Scorsese to bardzo dobre kino. Wiele ostrych i czasem zabawnych dialogów czy ironii przenoszą nas w świat policjantów i złodziei. Mimo tego, iż bardzo przyjemnie spędziłem dwie godziny przed ekranem nie przyznałbym tutaj Oscara za najlepszy film. Owszem, jest naprawdę dobry, ale nie jest genialny, błyskotliwy czy jedyny w swoim rodzaju. Tak czy inaczej gorąco polecam.
kumar

14:21, movieroom
Link Komentarze (1) »
środa, 07 lutego 2007
"Czeski sen"
Iluzjoniści?


    W 2004 roku ukazał się film dokumentalny dwóch studentów czeskiej Akademii Filmowej. Mowa oczywiście o „Czeskim śnie”, który wywołał tyle samo kontrowersji u naszych południowych sąsiadów, co w całej Europie. Premiera dokumentu odbyła się w Czechach w pierwszym kwartale 2004 roku, podczas gdy my musieliśmy czekać aż do lutego ubiegłego roku, wówczas to pojawił się w Polsce, nie wiedzieć czemu okrzyknięty komedią, obraz pary studentów. Czerwony, bardzo niepozorny plakat, ironizujący, iż NIE występują Tom Cruise, Brad Pitt czy Cameron Diaz, niestety najlepiej oddaje fabułę filmu – mistyfikację.

Czeski sen

    Vit Klusak i Filip Remunda, studenci praskiej FAMU, którzy mieli za zadanie nakręcić film na pracę dyplomową, wywołali wielką sensację, ale zacznijmy od początku. Vit i Filip udali się do odpowiednich osób, które miały wykreować ich na menedżerów z prawdziwego zdarzenia. Następnie, korzystając z dofinansowania Ministerstwa Kultury, do swojego przedsięwzięcia zaangażowali najlepsze agencje reklamowe, które miały stworzyć reklamę fikcyjnego hipermarketu. Wkrótce cała Praga została zasypana ulotkami z wyjątkowo atrakcyjnymi ofertami, jak grzyby po deszczu zaczęły pojawiać się coraz to nowsze plakaty sklepu. Reklama pojawiła się również w telewizji oraz zagościła na antenie radia. Bardzo różne jej formy, a wszystkie z tym samym przekazem, „nie przychodź”, „nie wydawaj”, „nie spiesz się” itp. Jak się później okazało, zadziałało to na społeczeństwo niezwykle mobilizująco. 31 maja, to właśnie wtedy wrota do snu każdego konsumenta miały zostać otwarte. Lokalizację hipermarketu, gdzie faktycznie pojawiło się jedynie ogromne rusztowanie, utrzymywano w tajemnicy do ostatniej chwili.

    Idąc przez kolejne etapy powstawania reklamy, zostajemy zaprzyjaźnieni z wszystkim od kuchni. Poznajemy sposoby działania agencji reklamowych, ich tok myślenia oraz wiele innych, mniej ciekawych rzeczy. Kiedy już pojawiło się między innymi 200 tysięcy ulotek, zainteresowanie sklepem zaczęło wzrastać. Klusakowi i Remundzie w majowy poranek udało się zgromadzić grupę aż dwóch tysięcy niecierpliwych konsumentów, a zebrać tyle osób w sobotę rano na obrzeżach Pragi jest w istocie trudno. O godzinie 10.00, po przecięciu symbolicznej wstęgi, tłum rzucił się w stronę sklepu. Wyścig po świeży i atrakcyjny towar zakończył się niespodziewanie prędko, bo już przy fasadzie hipermarketu. Jakże wielkie było zdziwienie tych wszystkich ludzi, gdy okazało się, że zostali najzwyczajniej wyrolowani. Wszyscy zgodnie przyznali przed kamerą, iż dali zrobić z siebie idiotów, choć mieli ogromny żal do fikcyjnych właścicieli za tę mistyfikację. Jak po projekcji przyznali twórcy, na paręnaście minut musieli się schronić, aby uniknąć linczu.

    Film, przez niektórych odbierany za komedię, ma bardzo ważne przesłanie. Oglądając go dowiadujemy się prawdy o nas samych. Filmowcy zdają się pokazywać, iż obecnie to agencje reklamowe nas kreują. To właśnie stamtąd steruje się naszymi marzeniami czy pragnieniami. Otumanieni masą kolorowych reklam wierzymy w pokazywane poglądy, hierarchię wartości, przez co mamy nie tylko podobne życie, ale coraz częściej i gęściej podobne sny. „Czeski sen” dobitnie ukazuje nasze słabości, łatwowierność czy to, jak łatwo nami manipulować. Film wywołał najwięcej kontrowersji i sporów w Czechach, bo do dzisiejszego dnia na otwartym forum trwa zażarta dyskusja, a i ponoć zwrot, czeski sen, wszedł na stałe do języka. Mimo tego, iż został on uznany za najlepszy dokument w Czechach w 2004 roku, oraz otrzymał wiele nagród na Europejskich festiwalach (m.in. w Danii i Słowacji), to wśród nas znajdzie się bardzo niewiele osób, które odbiorą przesłanie Filipa Remunda i Vita Klusaka, bo przecież chcemy żyć w świecie, gdzie pokazują nam jak mamy żyć.

kumar
11:06, movieroom
Link Komentarze (4) »
wtorek, 30 stycznia 2007
"Dlaczego nie!"
 
100 powodów, „Dlaczego nie!” polecam komedii Zatorskiego

Dlaczego nie!     Jak zmarnować dobry pomysł na film? Na to pytanie postanowił sobie odpowiedzieć Ryszard Zatorski, reżyser między innymi „Nigdy w życiu!”, serialu „Kryminalni” czy ubiegłorocznego „Tylko mnie kochaj”. Jego ostatni komedia, właśnie „Tylko mnie kochaj”, mimo paru niedociągnięć okazała się wielkim przebojem. Jak widać, kochamy banalności i naiwności filmu, gdyż zapewnia to niejako odskocznię, no i miło popatrzeć na ludzi, którym udało się spełnić marzenia. Pan Zatorski w swojej najnowszej produkcji postanowił wykorzystać sprawdzoną recepturę na dobry film, a zatem popularni aktorzy, sporo muzyki, lekka fabuła oraz koniecznie happy end. Niestety po obejrzeniu jego najnowszej komedii, „Dlaczego nie!”, odnosi się zupełnie inne wrażenie.

    Najogólniej rzecz biorąc, jest to film wielkich i tych mniejszych pomyłek. Główna bohaterka (Ania Cieślak), która niczym Kopciuszek przybywa do wielkiej Warszawy w celu zrealizowania swoich marzeń, myli głównego bohatera, Janka (Maciek Zakościelny), z ochroniarzem, a drugoplanowego Dawida (Tomasz Kot) z prezesem firmy. Idąc dalej, filmowa Renata (Gosia Kożuchowska), rzekomo przez pomyłkę kradnie pomysł na reklamę, który okazuje się być główna przyczyną największego, bo kilkudniowego, konfliktu głównych bohaterów. Fabuła „Tylko mnie kochaj” pomimo braku dobrego szlifu była znośna. Braki nadrabiały ciekawe postacie drugoplanowe oraz niekiedy zabawne dialogi. Niestety, w „Dlaczego nie!” dialogi są dość monotonne a poboczni aktorzy pojawiają się bardzo sporadycznie.

    Odpowiedzialność za fabułę na swe barki wzięła Alina Puchała, która pracowała między innymi przy „Klanie” czy „M jak miłość” i jak pokazuje rzeczywistość, powinna przy serialach pozostać. Film jest kompletnie pozbawiony fabuły, zamiast bawić, intrygować czy zaciekawiać po prostu męczy. Wychodząc z kina zadajemy sobie pytanie, jak można było stworzyć coś tak kiepskiego? Komedie romantyczne, te Polskie, na ogół są proste, zabawne i mają na celu poprawić humor. Tak właśnie było w przypadku „Tylko mnie kochaj”, toteż tym bardziej nie rozumiem, jak Ryszard Zatorski, mając takie podwaliny stworzył bajkę o Kopciuszku, gdzie zaledwie pierwszy kwadrans jest jako tako ciekawy.

    Ani dobrze dobrana obsada aktorska, ani ciekawa muzyka nie są w stanie uratować filmu pozbawionego fabuły, czego najlepszym przykładem jest „Dlaczego nie!”. Pomimo tego, iż film jest najzwyczajniej marny, wielu z nas wybierze się na opowieść mało ciekawej historyjki, co zdaje się potwierdzać na przykład kompletnie nieudane „Nigdy w życiu!”. Mam nadzieję, iż pan Zatorski głęboko zastanowi się nad swoim następnym filmem, bo przecież nie chcemy oglądać czegoś, co uwłacza naszej inteligencji.

kumar

20:08, movieroom
Link Komentarze (9) »